Przemyślenia

Batalie, których nikt nie widzi…

Była zimowa noc… Chłód pokoju mocno wdzierał się w moje ciało. Ale siedziałam, pisałam, szukałam. Szukałam odpowiedzi i rozwiązań, bo wiedziałam, że bezczynne leżenie w łóżku nic mi nie da. Ostatni rok to był czas, który mnie zmienił. Czas, w którym stwierdziłam, że nie będę z siebie robić ofiary, tylko wezmę odpowiedzialność za swoje życie i się do niego stawię. 

Miało być inaczej…

Była połowa kwietnia, remont w pełni, przygotowania do ślubu już prawie na ostatniej prostej. Umowa o pracę podpisana do końca roku, więc pozornie wszystko miało być okey. Na spokojnie miałam wziąć ślub, dać sobie czas na aklimatyzację w nowym miejscu i nie zrzucać na siebie tak wielu zmian na raz. Niestety… stało się inaczej. 3 miesiące przed ślubem stanęłam przed decyzją, że po raz kolejny pozwolę, by ktoś potraktował mnie bez szacunku albo zawalczę o siebie i postawię na pomysł na biznes, który kiełkował w mojej głowie już dobrych kilka lat, a w ostatnie miesiące się nasilił. Trudne rozmowy, telefon do kierownika duchownego, narada z rodzicami i Sebastianem. Dzięki zapewnieniu rodziców o wsparciu, zgodzie Sebastiana i racjonalnemu podejściu ks. Michała podjęłam decyzję, że staję za sobą. Że idę w to nieznane, do którego tak bardzo woła mnie moje serce.

Było ciężko, ponieważ sposób rozstania z tamtym miejscem pracy sporo zostawił do życzenia i odcisnął się na mojej pewności siebie i poczuciu własnej wartości. Potem zaczęły się kłótnie i brak czasu między mną, a Sebastianem w związku z remontem, całym napięciem pojawiającym się przed ślubem. Różnicami, które wychodziły pomiędzy nami.

Lawirowałam pomiędzy tym wszystkim starając się zrozumieć, o co chodzi. Wiedziałam jedno – kocham tego człowieka nad życie. Jestem pewna, że rozeznałam, że to właśnie on ma być moim mężem. Tydzień przed ślubem podjęliśmy decyzję, że się pobierzemy, ponieważ ufamy sobie na tyle, że wiemy, że po ślubie uporządkujemy to nasze życie tak, by być szczęśliwym.

Nikt z nas nie sądził chyba jednak, że zajmie nam to prawie rok. Rok oczyszczania relacji. Stawania w prawdzie. Rozmów między sobą, które były cholernie trudne. Rozmów, które obnażały nas maksymalnie. Ale, ale od początku…

Problemy się nawarstwiły

Wzięliśmy ślub – piękny moment. Zawierzenie Bogu całej naszej relacji (bez Niego czuję mocno, że nie podołałabym dalej). Miał być rajski miesiąc miodowy. Przecież wszyscy obiecali, że Pan Bóg wynagrodzi, że ten czas po ślubie jest taki cudowny. Niestety – rozminął się on dosyć mocno z moimi wyobrażeniami. I tak – z jednej strony był to piękny czas, byliśmy w cudownych miejscach, ale z drugiej strony, problemy, które się nawarstwiły, nieprzegadane kwestie, mocno nam się czkały.  W tym wszystkim ja, bez pracy w totalnie nowej sytuacji, roli. Zmieniło się WSZYSTKO. Moją jedyną stałą autentycznie w tamtym momencie była zmiana. Trudności, które przyniosło nowe miejsce, wyzwania, w których momentami niewiele dało się zrobić, a w tym wszystkim udawanie, że przecież jest tak cudownie.

Gdy wróciłam w październiku na studia i znajomi pytali mi się, jak po ślubie, to oczywiście głupio było mi powiedzieć, że jest ciężko. Przecież wszyscy mówią, że czas po ślubie jest taki piękny, a ciężko się robi dopiero po roku. Nie w naszym przypadku. Ale udawałam. Udawałam długo, bo aż do grudnia. Oboje z Sebastianem mieliśmy coraz bardziej dość. Dość naszych problemów, dość tego, że nie możemy się dogadać. U mnie dodatkowo nakładała się frustracja związana z tym, że zainwestowaliśmy parę tysięcy w kurs. Kurs, który, gdy mi go sprzedawano obiecywał bardzo wiele, ale niestety kluczowe kwestie, ze względu na które się zdecydowałam, były zdecydowanie inne niż obiecali. W listopadzie trafiłam do mojej mentorki, która pokazała mi, że faktycznie ten biznes to dużo mocniej złożona kwestia. W grudniu mój stan psychiczny był na tyle niski, że po mocnych słowach mojej mamy, umówiłam się do mojej psychoterapeutki.

Było źle

Zaczęła się zmiana. Po wykonaniu telefonu do psychoterapeutki i umówieniu się na pierwszy termin ktoś jakby otworzył we mnie puszkę pandory. Poczułam wielką ulgę, że już nie muszę udawać. Zaczęło się robić spokojniej między mną, a Sebastianem. Pomimo tego jednak, strasznie nie chciało mi się do niej chodzić. Wiedziałam, jak wiele energii kosztuje psychoterapia, gdy staje się w niej w prawdzie. Nie miałam na to ochoty… szczęśliwie podjęłam tą rękawicę i choć najtrudniejsze miało dopiero nadejść w nowym roku, to Bóg o mnie zawalczył.

Na początku stycznia, gdy po raz kolejny położyłam się do łóżka spać, a łzy same, bez powodu napływały mi do oczu ze smutku. Poczułam, żeby wziąć telefon, Biblię i słuchawki i pójść się pomodlić. Nie chciałam już zamartwiać Sebastiana, więc gdy on usnął wymknęłam się do salonu. Czułam, żeby odpalić jedno z nagrań z Mszy z modlitwą o uzdrowienie u Mocnych w Duchu. Przewijając, wylosowałam na „chybił trafił” nagranie. Odpalam i pierwsze słowa, na które trafiłam to te, że Bóg chce dotykać osoby, które czują się źle psychicznie… To nieprawdopodobne-pomyślałam… Ta modlitwa dała mi siły do walki. Wiedziałam, że proces psychoterapeutyczny nie będzie prosty, ale już wiedziałam, że Bóg będzie ze mną i pomoże mi przez to przejść. Teraz z perspektywy czasu mogę napisać – absolutnie się nie zawiodłam.

Bezsenność wykorzystałam na porządkowanie…

Styczeń to był najtrudniejszy miesiąc. Uruchomione na psychoterapii kwestie były tak trudne, że nie byłam w stanie spać. Dlatego siedziałam i pisałam. Pisałam oczyszczające listy, których wiedziałam, że nigdy nie wyślę do osób, którym je adresowałam. Wylewałam na papier wszystko. Definiowałam siebie jako żonę i kobietę. Zaczynałam rozumieć siebie, swoją nową sytuację. Zrozumiałam, że jedyne na co mam tak naprawdę wpływ to moja postawa na to, co dzieje się wokół. Dodatkowo były zaliczenia na studiach, które były wyjątkowo trudne. Ręka od pisania tych wszystkich notatek, listów i przemyśleń, bolała okropnie, ale było warto. Zdecydowanie opłacało się poświęcić ten czas na uporządkowanie swojego życia, myśli, na odnalezienie siebie. Odkrycie swojego małżeństwa. Miałam niesamowitą rozmowę z moją mamą, która była czymś, o czym kiedyś przeczytałam, że w realnym życiu się nie wydarza, a jest tylko wyimaginowaną mrzonką. Dokładnie o tym pewnie będę opowiadać na swoich warsztatach, ale jedno wiem – warto stawać w prawdzie w relacjach, porządkować, sprawdzać i próbować.

Tak naprawdę od końca grudnia do końca marca spałam mało. Było kilka nocy, że nie spałam do 6, 7 nad ranem, ale od tej rozmowy z mamą, która była na końcu stycznia wiele zaczęło się we mnie zmieniać. Cały czas uczyliśmy się rozmawiać z Sebastianem. Otwierać się na siebie nawzajem i wyjaśniać wszelkie niejasności. To było cholernie trudne, ale równocześnie tak piękne, że chciało nam się o siebie walczyć…

Mam dar, że potrafię wiele kwestii psychicznych przerobić sama pisząc. Dlatego mój proces psychoterapeutyczny zakończył się szybko – właśnie pod koniec marca. Czułam, że jestem gotowa, by zacząć działać, by zdefiniować siebie pod kątem zawodowym. Poszło tak szybko, ponieważ w te trudne noce nie leżałam bezczynnie płacząc, tylko wylewałam swoje myśli na papier. Nie zawsze tak się da – zwłaszcza jeśli jesteśmy na początku ścieżki rozwoju osobistego, ale w moim przypadku znając wiele narzędzi do autoterapii, będąc coachem i już po jednej odbytej psychoterapii, czułam, że mogę sobie na to pozwolić.

Jak odnalazłam swoją drogę?

Wydawać by się mogło, że to już koniec- ale nie. Czułam, że psychicznie jest już stosunkowo ok, ale wiedziałam, że brakuje mi jeszcze takiego wewnętrznego napełnienia i spokoju, które miałam w przeszłości. Mam to szczęście, że mam cudownego ojca duchownego i mam gdzie wracać. Dlatego w kwietniu na nowo potrzebowałam zrozumieć Boga i wiarę. Tutaj znowu moja decyzja, że jadę, że przerabiam, że dalej ogarniam to swoje życie. Było warto… 🙂 Zaczął we mnie się pojawiać głęboki spokój. Ufność, że On faktycznie jest, że się troszczy. Że w moim sercu faktycznie jest zapisany najlepszy plan na moje życie (tylko czasem tak ciężko go odkryć, usłyszeć). Ten plan nie jest prosty. Wymaga dużego zaangażowania w odkrywaniu, ale MA WIELKI SENS i daje radość i spokój nawet, gdy jest cholernie ciężko. Ja z niego nieświadomie zrezygnowałam. Po zaręczynach wiele decyzji było podjętych na szybko, kilka trochę ze strachu. Wypadłam z tej ścieżki podążania za Nim, za swoimi głębokimi pragnieniami. Dziś to widzę, dlatego chciałabym i Ciebie, i siebie zaprosić do poświęcania czasu na rozeznawanie i wsłuchiwanie się w swoje serce. Ze swojej perspektywy – mnóstwo daje mi modlitwa i to, że jest nade mną Stwórca, Bóg, który chce dla mnie wszystkiego, co najlepsze i czuwa nade mną.

Spotkania z ks. Michałem pomogły mi na nowo odkryć wiarę, ułożyć sobie wiele kwestii. Przypomniałam sobie o tym, jak wiele dają mi sakramenty. Trochę się oddaliłam, by potem wrócić bardziej świadomą i faktycznie z chęci, by być przy Bogu, a nie z przymusu, czy ze strachu. Bardzo mocno chcę tutaj podkreślić, że ważnym jest dla mnie świadomie wierzyć i chodzić do kościoła tam, gdzie faktycznie jest nauczanie zgodne z Ewangelią, bo tak wiele dzisiaj w kościele jest kłamstwa, przymusu, zastraszania. Niedawno pojawił się list biskupa o religii w szkołach i gdy go ksiądz zaczął czytać, to po prostu ostentacyjnie wstałam i wyszłam. Wiem, że nie miał on nic wspólnego z Bogiem, który daje wolność, więc nie będę się denerwować i aprobować takich rzeczy swoją obecnością. 😉
Mam to szczęście, że poznałam żywy Kościół oparty na Ewangelii, doświadczyłam Jego mocy, mam wsparcie kapłanów, którzy faktycznie obrazują Biblię i żyją Nią, dlatego dalej w nim jestem. Ale mocno świadomie, nazywając po imieniu to, co jest też złe.

Było ciężko – jestem dumna

Każdy ma prawo żyć po swojemu. Ja wybieram taką drogę i daje mi ona wiele spokoju, wewnętrznej wolności i ufności. Dzisiaj czuję się dobrze. Gdy patrzę na nasze małżeństwo z Sebastianem, to jestem NA MAXA dumna. Widzę tę drogę, którą przeszliśmy. Ilość rzeczy, z których zrezygnowaliśmy, by zawalczyć o siebie. Chciałam się tym z Tobą tutaj podzielić, ponieważ czuję, że w dobie mediów społecznościowych musimy sobie przypominać, że życie nie jest tylko słodkie. Życie bywa cholernie gorzkie i trudne. Bywa ciężkie. Gubimy się. W takich momentach tylko cholernie warto poprosić o pomoc, stanąć w prawdzie i odnaleźć ten głos swojego serca.

Wiele tutaj nie opisałam. Są trudności, o których będę opowiadać tylko na swoich warsztatach, ale jedno wiem na pewno – zdecydowanie warto poświęcić czas na poznanie siebie, zdefiniowanie siebie i odkrycie swojego powołania. Warto dbać i walczyć o wartościowe dla nas relacje, a te, które są dla nas trudne, ale mimo wszystko ważne, poukładać tak, żeby poczuć się w nich dobrze. To wymaga dużej ilości pracy, ale jest możliwe. Jest możliwe i daje finalnie ogromną wolność i radość.

Wczoraj odbyłam ostatni zjazd na studiach. Te 5 lat to była niezwykła podróż. Potrzebowałam tego wpisu, by domknąć sobie ten czas. Czuję się naprawdę gotowa, by działać. Czuję się uporządkowana, spokojna, świadoma siebie. Przede mną mnóstwo wyzwań, ale wiem, że sobie poradzę. Po tym roku zmagań, mamy z Sebastianem wypracowane sposoby działania tak, aby nam obojgu było dobrze. W naszej relacji naprawdę zaczęło być znowu super! Jeśli dotrwałeś/aś z czytaniem aż do tego momentu to ogromnie się cieszę. Mam nadzieję, że moja historia Cię zainspirowała trochę i pokazuje, że warto walczyć o siebie:)

Pamiętaj – zasługujesz na wszystko, co najlepsze i tylko od Ciebie zależy, czy o to zawalczysz:) A zdecydowanie warto:)


Jeśli uważasz ten wpis za wartościowy, podziel się nim ze znajomymi, przyjaciółmi, rodziną! Te osoby na pewno zyskają, a mi będzie przemiło!

A jeśli chcesz przeczytać o tym, czego nauczyło mnie narzeczeństwo, zajrzyj tutaj!

Zapraszam Cię również na moje media społecznościowe, gdzie znajdziesz codzienną dawkę inspiracji i motywacji!

Wskakuję na Instagram!       Wskakuję na Facebooka!

Dodaj komentarz